Wpisy

  • wtorek, 07 sierpnia 2012
    • Gajowy się broni

      Wybór Bronisława Komorowskiego zatrzasnął Jarosławowi Kaczyńskiemu drzwi do Pałacu Prezydenckiego. Uchronił Polskę przed katastrofą i kompromitacją. Ale po dwóch latach od zaprzysiężenia widać, że zasługa Komorowskiego polega nie tylko na tym, że nie jest Kaczyńskim. Polega na tym, że jest sobą, Komorowskim.
      Galeria:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 21:55
    • Londyn wciąż pamięta o zamieszkach sprzed roku

      Minął rok od fali grabieży i zamieszek w stolicy Wielkiej Brytanii. Olimpijski splendor okazał się skutecznym lekiem na psychicznego kaca, ale bohaterka tamtych wydarzeń nie kryje goryczy
      - Mam nadzieję, że ludzie pamiętają Marka Duggana - mówi w rozmowie z portalem "Huffington Post" 46-letnia Pauline Pearce nazywana przez brytyjskie media bohaterką z Hackney. - Zamieszki zaczęły się w słusznej sprawie, ale wszystko potoczyło się nie tak, jak powinno. Fakt, że rozlały się po Wielkiej Brytanii, świadczy o tym, ile było niezadowolenia w całym kraju.

      Duggan, 29-letni ciemnoskóry taksówkarz z londyńskiego Tottenham, zmarł 4 sierpnia postrzelony przez policję, która próbowała go aresztować za handel narkotykami. Nikt nie powiadomił o tym rodziny. To właśnie błędy stróżów prawa, a potem brutalność, z jaką zareagowali na pierwszą pokojową demonstrację w londyńskim Tottenham, były iskrą, która wywołała pożar. Przyczyną zamieszek była jednak nie tylko niechęć do policji, ale też wysokie i brak alternatyw dla młodych ludzi, szczególnie z imigranckich rodzin, którzy często wkraczają na przestępczą ścieżkę tylko dlatego, że nie mają szans na normalny start.

      Rok temu Pearce z Hackney we wschodnim Londynie stała się na moment sumieniem narodu. Nie przebierając w słowach, zwymyślała bowiem zadymiarzy ze swojej dzielnicy za to, że zamiast walczyć o prawdę w sprawie zabójstwa Duggana, plądrują sklepy. Nagrał to komórką jeden z dziennikarzy. Filmik z Lady P (tak początkowo ją nazywano) w głównej roli po zamieszczeniu na YouTubie miał ponad 2 mln wejść.

      Pełna wściekłości i przekleństw improwizowana mowa ciemnoskórej kobiety przemówiła lepiej do Brytyjczyków niż okrągłe słowa premiera Davida Camerona. Pearce stała się sławna, bo miasto potrzebowało pozytywnych bohaterów z krwi i kości. Wielu londyńczyków szybko przekonało się, że bohaterka z Hackney jest jedną z nich - ma skomplikowany życiorys naznaczony kłopotami z prawem oraz piętnem obcego pochodzenia.

      Matka czworga dorosłych synów i córek oraz babcia czwórki wnucząt urodziła się na Barbadosie, byłej kolonii brytyjskiej. Przyjechała do Anglii, by zostać aktorką, ale skończyło się na śpiewaniu jazzu i cotygodniowej audycji w lokalnym Consius Radio. W 1999 r. znęcona perspektywą zarobku zgodziła się być kurierką narkotykową. Wpadła, próbując przemycić z Jamajki do Londynu kokainę ukrytą w słoju z pieprzem. Skazana na sześć lat więzienia odsiedziała trzy.

      Dziś, odnosząc się do tego epizodu, mówi, że "robiła rzeczy, z których nie jest dumna". To jednak właśnie wycisk, jaki dostała od życia, zrobił z niej twardą społeczniczkę. Od kiedy dwa lata temu jej młodszy syn Ronald został raniony nożem, prowadzi kampanię przeciw dilerom narkotykowym i przemocy. Ma też na koncie inną wygraną batalię - z rakiem piersi.

      Fala sławy nie poniosła jednak Pearce zbyt daleko. Wystąpiła wprawdzie w brytyjskiej edycji programu "Mam talent", a w maju wystartowała (bez większego szczęścia) w lokalnych wyborach w Hackney z rekomendacji Liberalnych Demokratów, ale nadal mieszka w maleńkim lokum z jedną sypialnią. I marzy o prowadzeniu ośrodka, który byłby bezpieczną przystanią dla mieszkańców Hackney. - Potrzebuję na to budynku - mówi "Huffington Post", tłumacząc, że można by tam prowadzić warsztaty i pomagać potrzebującym.

      - Po zamieszkach słyszeliśmy wiele obietnic, ale Hackney zmieniło się niewiele - żali się działaczka. Krytykuje surowe wyroki za udział w grabieżach, bo napiętnowanym nimi młodym ludziom trudno będzie znaleźć , co jest jednym z warunków powrotu na dobrą drogę.

      Zamieszki trwały od 6 do 10 sierpnia 2011 r. Zszokowały nie tylko Wielką Brytanię, ale też cały świat. Społeczny gniew przerodził się bowiem szybko w dziką orgię grabieży, palenia i plądrowania sklepów - najpierw w różnych dzielnicach Londynu, a potem także w innych miastach Anglii. Jak się okazało, kradli wszyscy: kolorowi i biali, bezrobotni i milionerów, ojcowie i babcie. Ze sklepów znikały ubrania, telewizory, pieluszki, słodycze - to, czego nie można było zabrać, niszczono, jak np. fortepiany w sklepach ze sprzętem muzycznym.

      początkowo nie mogła sobie poradzić z zamieszkami. Kiedy do akcji wkroczył premier David Cameron i wydał zgodę na zastosowanie ostrzejszych metod (także pierwszy raz w historii Anglii gumowych kul), udało się przywrócić porządek.

      Politycy i eksperci zachodzili w głowę, co było powodem największych od 30 lat społecznych niepokojów. Diagnozy były różne - od rozpadu instytucji rodziny, poprzez błędy w polityce konserwatystów, po cięcia pomocy społecznej. Wymiar sprawiedliwości nie mógł nadążyć z sądzeniem ponad 3 tys. aresztowanych.

      W zamieszkach zginęło pięć osób, 16 zostało rannych, popełniono ponad 3,4 tys. różnych przestępstw. Straty wyceniono na 200 mln funtów. Do dziś na odszkodowania czeka jeszcze część właścicieli zniszczonych sklepów.

      Londyn wciąż potrzebuje czasu, liże rany. Komentator konserwatywnego "Daily Telegraph" Andrew Gilligan pisze: "Rok po zamieszkach blizny są rozległe i niezasklepione. Co gorsza, niektórzy obawiają się, że takie przerażające niepokoje społeczne mogą się jeszcze powtórzyć".

      .

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 18:53
    • Jak holding za publiczne pieniądze hołubił związkowców

      Katowicki Holding Węglowy zwiększył liczbę etatów dla związkowców, którzy nie musieli pracować, finansował prezenty i catering na imprezy działaczy. To najnowsze ustalenia kontrolerów NIK. - To próba podporządkowania sobie działaczy przez pracodawcę - uważa Grzegorz Wójkowski ze stowarzyszenia Bona Fides
      KHW ma cztery kopalnie, zatrudnia 19 tysięcy górników i jest jedną z trzech największych państwowych spółek górniczych w Polsce. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jakie koszty pozaprodukcyjne spółka poniosła w latach 2009-2011. "Gazeta" dotarła do wystąpienia pokontrolnego.

      Wynika z niego, że co roku górnicza spółka płaciła na rzecz działających w niej związków zawodowych 6,8 mln zł. W skład tej kwoty wchodził czynsz za wynajęte przez organizacje związkowe pomieszczenia, rachunki za media oraz pensje zwolnionych z obowiązku świadczenia pracy działaczy. Ich średnie miesięczne wynagrodzenie to 6,2 tys. zł. Dodatkowo - poza układem zbiorowym - zarząd KHW zawarł odrębne porozumienia z "Solidarnością", Związkiem Zawodowym Górników w Polsce, Sierpniem '80 oraz Związkiem Zawodowym "Przeróbka" i wbrew przepisom zwiększył im limity działaczy na etatach, którzy nie musieli pracować.

      - seminarium

      W 2010 r. spółka zorganizowała też wyjazd na czterodniowe seminarium szkoleniowe do Wielkiej Brytanii. Wzięli w nim udziały dyrektorzy kopalń oraz 23 przewodniczących lub wiceprzewodniczących działających w spółce związków zawodowych.

      - Ten wyjazd spełnił funkcję szkoleniową dzięki porównaniu uprawnień organizacji związkowych w zakładzie oraz systemów płac - mówi Wojciech Jaros, rzecznik prasowy Katowickiego Holdingu Węglowego. Tyle że według NIK część szkoleniowa odbyła się pomiędzy śniadaniem, a lunchem drugiego dnia pobytu. Resztę wyjazdu wykorzystano wyłącznie na cele turystyczne. KHW zapłacił za to 132 tys. zł. Sfinansowanie tego wyjazdu NIK oceniła jako niegospodarność.

      - na dwa tygodnie

      Równie krytycznie oceniono sfinansowanie dwutygodniowego wyjazdu do Kambodży. Misję tę zorganizował związek zawodowy Kadra na zaproszenie Intra Mekong Co. Ltd. KHW wysłał do Azji dyrektorów dwóch swoich kopalń oraz liderów działających w nich zakładowych komisji Kadry. Koszt to 21 tys. zł.

      - Centrum wydobycia węgla na świecie coraz bardziej przesuwa się na Daleki Wschód - wyjaśnia Wojciech Jaros. Jednak według NIK prezes KHW podczas kontroli nie potrafił wskazać gospodarczego celu tej misji. Co więcej, w sprawozdaniu z wizyty w Kambodży poza podaniem kilku powszechnie znanych informacji o tym kraju nie przedstawiono żadnych wymiernych efektów tego wyjazdu.

      - Tę sprawę wyjaśniało Ministerstwo Gospodarki i nie stwierdziło żadnych nieprawidłowości - powiedział nam Dariusz Trzcionka, przewodniczący Kadry.

      - Nie uważa pan jednak, że taka forma finansowania wyjazdów może uzależnić działaczy związkowych od pracodawcy? - zapytaliśmy.

      - Nikt nie zmuszał holdingu, żeby przystał na naszą propozycję. I proszę pamiętać, że działacze, którzy polecieli do Kambodży, są pracownikami holdingu - podkreślił Trzcionka.

      Włochy, , i

      Jako niegospodarne NIK uważa także finansowanie przez KHW wyjazdów szefów organizacji związkowych na wizytacje do ośrodków kolonijnych we Włoszech, Hiszpanii, Chorwacji, Bułgarii i Grecji. W kontrolowanych latach odbyło się sześć takich wyjazdów, a najdłuższy trwał 11 dni. W jednym przypadku uczestnicy nie sporządzili nawet oceny sprawdzanego ośrodka. Spółka zapłaciła za te wojaże 207 tys. zł.

      - Wypoczynek letni finansowany jest z funduszu świadczeń socjalnych, którego jednym z dysponentów są organizacje związkowe, dlatego ich przedstawiciele są włączani w pewne działania - wyjaśnia rzecznik KHW. Tyle że zdaniem NIK dokonana podczas wizytacji ocena ośrodków kolonijnych w ogóle nie była brana pod uwagę przez komisję przetargową, która decydowała, jaką placówkę wybrać.

      Kontrolerzy zakwestionowali też umowę, na mocy której KHW zapłacił 440 tys. zł za promocję podczas akademii z okazji 30-lecia "Solidarności". NIK ustaliła, że za 305 tys. zł kupiono zegarki dla związkowców (o wartości 68 tys. zł), a za resztę jedzenie i alkohol serwowany podczas bankietu.

      Według NIK w KHW może występować mechanizm "o znamionach korupcjogennych, polegający na umożliwianiu ( ) uzyskiwania przez część członków działających w spółce zakładowych organizacji związkowych dodatkowych nienależnych korzyści".

      Podobnego zdania jest Grzegorz Wójkowski, prezes stowarzyszenia Bona Fides. - To niedopuszczalne, że pracodawca w taki sposób hołubi ludzi, którzy zostali powołani do patrzenia mu na ręce. I niestety nie najlepiej świadczy to też o związkowcach - powiedział nam Wójkowski.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 16:24
    • Londyn 2012. Polscy siatkarze w ćwierćfinale zagrają z Rosją

      Rosjanie rywalem Polaków w walce o strefę medalową siatkarskiego turnieju w Londynie. Rywala wyłoniło losowanie, które odbyło się tuż przed północą czasu londyńskiego.


      Z losowaniem czekano do ostatniego meczu fazy grupowej, choć już po południu wiadomo było, że z grupy A będą brane pod uwagę i Argentyna, z grupy B - i Rosja. Dwa inne ćwierćfinały, w których spotkają się zespoły z miejsc pierwszych i czwartych obu grup, to - oraz - Włochy.

      Za stołem usiadło kilku przedstawicieli FIVB, kulki i kartki prezentowano dokładnie, jedna po drugiej. Kiedy przyszło do losowania, prowadzący poprosił przedstawiciela Polski, którym był statystyk Oskar Kaczmarczyk, o wyciągnięcie kulki ze szklanej kuli z drużynami grupy B. Kaczmarczyk wyciągnął Polskę, przedstawiciel Argentyny - Rosję.

      Ćwierćfinały odbędą się w środę. Mecz Polska - Rosja rozpocznie się o 20.30 czasu polskiego. Zwycięzca z tej pary w półfinale zagra z wygranym meczu Bułgaria - Niemcy.

      Z Rosją za kadencji trenera Andrei Anastasiego Polacy grali trzy razy - wygrali w meczu o brązowy medal mistrzostwo Europy, przegrali w zeszłorocznej Lidze Światowej oraz Pucharze Świata.

      Polacy mogli uniknąć losowania, gdyby w poniedziałek rano pokonali Australię. Biało-czerwoni sensacyjnie przegrali jednak 1:3 i z pierwszego miejsca spadli na drugie.

      Ćwierćfinały igrzysk:

      Brazylia - Argentyna (15)

      USA - Włochy (17)

      Polska - Rosja (20.30)

      Bułgaria - Niemcy (22.30)



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 14:54
    • Axer - lwowiak na zawsze

      Urodził się pierwszego dnia 1917 r. w Wiedniu, ale dzieciństwo i młodość spędził we Lwowie. Jego warszawska scena we Współczesnym była wehikułem przenoszącym widzów z pogodzonej z estetyką siermiężnego socjalizmu stolicy w centrum przedwojennego Lwowa. Panował tam inteligencki klimat spod znaku nienagannej elegancji
      Był absolwentem Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Debiutował przed wojną jednoaktówką Eugene'a O'Neilla "Księżyc nad Karybami" na scenie Teatru Narodowego.

      Przez pierwsze dwa lata wojny pracował w Polskim Teatrze Dramatycznym we Lwowie. Pod koniec 1942 r. po aresztowaniu ojca, znanego adwokata, wyjechał do Warszawy. Brał udział w Powstaniu Warszawskim, trafił do niewoli, a potem do kamieniołomów w górach Harzu. Po wojnie objął dyrekcję Teatru Kameralnego Domu Żołnierza w , z którego po przeprowadzce w 1949 r. powstał warszawski Teatr Współczesny.

      Słynął z niezwykłej czujności na detale - potrafił jedną uwagą na temat ustawienia rąk, siły głosu czy rekwizytu zmienić sens roli i spektaklu. Z dramaturgii Mrożka wyłowił rys realistyczny (jak w słynnym "Tangu" z 1965 r.). W miejsce absurdu zaproponował konsekwencję, w miejsce szaleństwa - prawdopodobieństwo.

      Od 1962 r. reżyserował też regularnie za granicą: w Niemczech, Szwajcarii, ZSRR, i Holandii. Długo wykładał na PWST, jest też autorem licznych esejów o teatrze oraz krótkich form literackich porównywanych do prozy Czechowa, a publikowanych w miesięcznikach „Dialog” i „Teatr”. Część z nich opublikował w książkach. Axera swobodnie ironizującego na temat jego prywatności i szukać można właśnie w kolejnych tomach wydawanych przez lata wspomnień. Axera boleśnie szczerego - w korespondencji. W listach do Mrożka (prowadzili przez 40 lat ożywioną korespondencję) otwarcie pisze o swoich słabych stronach, niechęciach („nie mam zamiłowania do pedagogiki”) i przekonaniach, bywało - pragmatycznych i dosadnych. „Współczesną zachodnią publiczność” oceniał np.: „W Wiedniu łącznie z turystami też nie ma kulturalnej publiczności na więcej niż trzydzieści spektakli. Niektórzy mówią, że na trzy tylko”. Nie przyjmował artystycznej pozy. W liście z Austrii z 1993 r. prezentuje się jako teatralny : „Jest po prostu pewna miara teatralna na akt, na spektakl pełnowieczorowy, na skecz itd. To zagadnienie tyleż estetyczne, co obyczajowo, czy lepiej zwyczajowo, towarzyskie, zresztą zmieniające się z czasem. Żadnych głębi, o które jak się zdaje mnie podejrzewasz, w przedstawieniu nie próbowałem zawrzeć... Co do publiczności, wykazuję w tej sprawie raczej zdrowy rozsądek”. Innym razem - jako przedsiębiorczy i praktyczny kierownik: „ »Tango « idzie lepiej niż cytryny i pomarańcze... wygląda na to, że będziemy grali w nieskończoność”. Zdawał też relację z lęków i rozczarowań sztuką współczesną („okazało się, że słowo artykułowane i zdania oznajmujące nie są w teatrze konieczne. Zgoda, nie są. Ale ja jestem stronniczy, ja piszę słowa”). Dla kierowanego przez niego Współczesnego Adam Tarn ukuł nazwę „teatr aksamitny”. Ale teatr Axera to przede wszystkim teatr zatrzymujący i ocalający czas utracony, odchodzące epoki, przemijające pokolenia. Jego scena była wehikułem przenoszącym widzów z pogodzonej z estetyką siermiężnego socjalizmu stolicy w centrum przedwojennego Lwowa. Panował tam inteligencki klimat spod znaku nienagannej elegancji. Nie wierzył w mody. Zachował niezależność nawet wobec swojego mistrza Leona Schillera. Wizja teatru monumentalnego, wielkich widowisk pozwalających wybrzmieć wszystkim metaforom zawartym w poezji romantycznej, kłóciła się z jego rozumieniem pracy reżysera. Axer od początku szukał raczej tekstów zawierających mniej proroctw, a więcej obserwacji na temat człowieka. Jako dyrektor promował repertuar oparty na wymagających tekstach. Nawet gdy w latach powojennych zmuszony był do kompromisów, starał się, by poziom sztuk nigdy nie obrażał godności ani widzów, ani artystów. Wspominał: „W latach potocznie nazywanych stalinowskimi ministerstwo co roku wyznaczało kilkaset sztuk do wyboru, klasycznych i współczesnych. Wybieraliśmy to, czego naszym zdaniem nie trzeba się było wstydzić. Inicjatywa była ograniczona, choć publiczność pozbawiona innych rozrywek dopisywała. Koncentrowaliśmy się na zagadnieniach warsztatowych. Wychowywaliśmy zespół, a ja powoli zdobywałem zawód”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 13:30
    • Uwaga. Będzie grad i burze

      Z zachodu idą gwałtowne burze i opady gradu. Będzie gorąco i wietrznie
      Zgodnie z prognozami IMGW, najpierw deszcz będzie padał w zachodniej części kraju oraz na południu. Potem strefa opadów zacznie się przesuwać na wschód. Specjaliści ostrzegają, że burze mogą być gwałtowne, a na dodatek z opadami gradu. Wiatr może wówczas wiać nawet z prędkością 90 km/h.

      Według synoptyków, w ciągu najbliższej doby może spaść od 20 do 35 mm, a w niektórych miejscach nawet 50 mm deszczu.

      Podczas burz należy zachować ostrożność i unikać otwartych przestrzeni. Zaleca się też zamknięcie okien oraz usunięcie z tarasów oraz balkonów przedmiotów, które mogłyby zostać porwane przez wiatr. Ze względu na towarzyszące burzom porywy wiatru, lepiej nie parkować samochodów pod drzewami.

      W całym kraju będzie gorąco - od 28 do nawet 34 stopni Celsjusza.

      W środę - kres upałów. Nad Polskę ma napłynąć chłodniejsze, polarnomorskie powietrze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 12:01
    • Pierwszy film z Marsa!

      Curiosity jest niesamowicie pracowity i szybki. Ledwie wylądował, już słał pierwsze zdjęcia. A teraz dostaliśmy z Marsa już cały filmik!
      Film , który udostępniła , jest złożeniem 297 zdjęć wykonanych podczas ostatnich 2,5 min. lądowania przez kamerę MARDI. Ta kamera umieszczona jest pod spodem lądownika i zaczęła robić zdjęcia zaraz potem, jak tylko kapsuła, w której łazik bezpiecznie spoczywał podczas przedzierania się przez atmosferę, odrzuciła dolną osłonę (widać ją przez chwilę na pierwszych klatkach filmu). Wtedy przed obiektywem MARDI otworzył się widok na powierzchnię Czerwonej Planety, na którą na spadochronie opadał Curiosity. Pod koniec lądowania spadochron zostaje odrzucony, a łazik opada podcze[iony pod latający dźwig. Widać, jak silniki odrzutowe tego ostatniego wzbijają kurz na powierzchni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 10:33
    • Amber Gold: cztery scenariusze

      Co się stanie, jeśli - hipotetycznie - firma złoży wniosek o ogłoszenie upadłości? Ile klienci stracą, jeśli zerwą umowę przed terminem?
      Pierwszy scenariusz: nie dzieje się nic

      Najprostszy i zarazem najlepszy dla klientów. Kończy się lokata z Amber Gold, firma wypłaca pieniądze wraz z odsetkami, które gwarantowała w umowach klientom. Zależnie od depozytu mogło to być np. 10 proc. lub więcej.

      Prezes Amber Gold przekonywał na konferencji, że byli tacy klienci, którzy dostali zwrot ponad 20-proc.

      Scenariusz drugi: firma opóźnia wypłaty

      Firma deklaruje wypłatę środków, ale się spóźnia. Gdy termin płatności upłynął, poza kwotą wpłaconą do Amber Gold oraz tzw. gwarantowanym oprocentowaniem, klientowi należą się jeszcze odsetki za każdy dzień opóźnienia. Jeśli nie zastrzeżono w umowie inaczej, mamy do czynienia z odsetkami ustawowymi (dziś to 13 proc. w skali roku).

      Jeśli firma odmawia, sprawę należy skierować do sądu.

      Firma nie może się też powoływać na niekorzystne dla niej działania banków (kilka banków wypowiedziało Amber Gold umowy) i próbować uniknąć płacenia odsetek.

      Scenariusz trzeci: klient zrywa umowę

      Klient zrywa lokatę przed terminem - zgodnie z umową, którą podpisał, Amber Gold może mu potrącić 19,5 proc. wartości złota, które klient zakupił. Czyli jednej piątej pieniędzy już nie odzyska na pewno.

      Scenariusz czwarty: upadłość Amber Gold

      Prezes spółki Marcin Plichta zapewniał na poniedziałkowej konferencji, że o takim kroku Amber Gold na razie nie myśli. Ale dodał też, że dziennie zrywanych jest około trzystu lokat. A lokat łącznie jest mniej więcej 7 tys.

      I gdy dziennikarze zapytali, czy przy takim tempie zrywania lokat firmie nie grozi upadłość, Plichta przyznał, że wówczas likwidacja firmy nie jest wykluczona. Co wówczas z pieniędzmi klientów? O to zapytaliśmy mecenasa Janusza Mazurka, partnera w kancelarii SSW Spaczyński, Szczepaniak i Wspólnicy.

      - O upadłości i jej rodzaju decyduje sąd. I sąd także decyduje o tym, jak byłyby spłacane - w razie upadłości - wierzytelności klientów Amber Gold. Gdybyśmy mieli do czynienia z upadłością układową, to sąd z reguły dzieli klientów na różne grupy, w treści układu określa się, w jakim stopniu zredukować ich wierzytelności, czy rozłożyć je na raty, odroczyć płatności w czasie. Abstrahując od tego, czy w sprawie Amber Gold są lub będą spełnione przesłanki do niewypłacalności, w większości przypadków upadłości likwidacyjnych znaczna część roszczeń wierzycieli nie zostaje zaspokojona - mówi mecenas Mazurek.

      Jak mogą zostać podzieleni klienci w upadłości układowej?

      Np. na takich, którzy wpłacili od tysiąca złotych do 10 tys. zł. W innej grupie mogliby się znaleźć klienci, którzy wpłacili powyżej 100 tys. zł.

      Jak mówi mecenas Mazurek, z reguły sąd określa tzw. kategorie interesów, do których zalicza się wierzycieli z konkretną wysokością wierzytelności, i w ten sposób wstępnie różnicuje kwoty, jakie są w stanie odzyskać klienci - właśnie według grup. I z reguły większe redukcje zobowiązań dotyczą tych klientów, którzy mają większe wierzytelności.

      Ważne: przy ogłoszeniu upadłości układowej spłaty zobowiązań mogą się domagać tylko ci klienci, którzy albo zerwali umowę przed terminem, albo termin wypłaty środków przez Amber Gold już upłynął. Innymi słowy, tylko ci, których wierzytelności wobec firmy są wymagalne. Oczywiście w toku postępowania upadłościowego grupa klientów z roszczeniami może się powiększać.

      Jeśli dojdzie do upadłości likwidacyjnej (może o tym zdecydować sąd), to wszystkie lokaty czy środki powierzone firmie stają się od razu wymagalnymi wierzytelnościami. Nie ma wówczas mowy o przedterminowym rozwiązaniu umowy i potrącaniu kary umownej. A to, ile pieniędzy uda się odzyskać, zależy od majątku firmy i skuteczności syndyka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 08:54
    • Szekspir i psy wojny

      "Lear. Komedia" Konstantina Bogomołowa to największe odkrycie zakończonego właśnie w Trójmieście Festiwalu Szekspirowskiego. Ten spektakl nie mieści się w polskich wyobrażeniach na temat współczesnego teatru rosyjskiego
      Najbardziej oczekiwanym spektaklem tegorocznego Festiwalu Szekspirowskiego był finałowy "Hamlet" Luka Percevala, znanego już polskiej publiczności wybitnego belgijskiego reżysera od lat pracującego w Niemczech. Największe odkrycie letniej imprezy to jednak Rosjanin Konstantin Bogomołow, z bezlitosnym wobec narodowych mitów spektaklem "Lear. Komedia" według "Króla Leara". Stary monarcha wychodzi tu na moskiewską trybunę na placu Czerwonym. Jesteśmy w ZSRR lat czterdziestych, a orgia zdrad i przemocy, która za chwilę się tu rozegra, to zarówno dramat Szekspira, jak i stalinowskie czystki czy nadchodząca wojna.

      Lateksowa Rosja

      Bogomołow urodził się w połowie lat siedemdziesiątych, zatem jest rówieśnikiem Moniki Strzępki. W jej głośnym „Niech żyje wojna!”, na motywach „Czterech pancernych”, pies Szarik-enkawudzista strzelał w plecy dezerterom, krzycząc: „Ani kroku w tył”. Rosjanin stworzył spektakl równie ważny we współczesnej rosyjskiej dyskusji o II wojnie światowej, równie kwestionujący tamtejszą politykę historyczną, jak Strzępka - naszą. „Lear. Komedia” nie mieści się w oficjalnej rosyjskiej opowieści o wojnie, cieszącej się tam szeroką akceptacją. Zamiast o poświęceniu rosyjskiego żołnierza mówi o brutalności i bratobójstwie. Pojawiają się widma i wiersze poetów - ofiar stalinizmu; opisy tortur, którym w psychuszkach poddawano więźniów politycznych. Reżyser nie posługuje się wyłącznie językiem aluzji. Bywa dosadny i bezpośredni, czasem groteskowo. Gdy Stalin-Lear dzieli swe królestwo między córki, gwałci lateksową lalkę z wymalowaną flamastrem mapą: tak wygląda matka Rosja, „kobieca”, „święta” ziemia z tyrad Dostojewskiego. Zresztą dowódców i żołnierzy, ba, samego Stalina-Leara grają kobiety; mężczyźni - córki Leara. I choć - jak u Szekspira - trup ściele się gęsto, z oczodołów wypływają gałki oczne, a nie brak i plastikowych flaków na wierzchu, to pod koniec i tak wszyscy spotkają się przy stole, wspólnie świętując. Jak podczas współczesnej Parady Zwycięstwa na placu Czerwonym, gdzie znak „pobiedy” - radziecką flagę - uroczyście prezentują żołnierze w carskich uniformach.

      "Lear. Komedia" nie mieści się w dotychczasowych polskich wyobrażeniach na temat współczesnego rosyjskiego teatru. Nie ma tu ani patyny czcigodnej tradycji, ani doraźnej, dokumentalnej interwencji w rzeczywistość, znanej z moskiewskiego Teatru.doc. Bogomołow mówi w wywiadach, że nie ma dla niego miejsca w rosyjskich teatrach publicznych, że twórcy z jego pokolenia się w Rosji duszą. Jednak stać go przecież na radykalny, obrazoburczy gest - i to nie na jakiejś niezależnej, niedotowanej scenie, ale w utrzymywanym przez państwo teatrze Prijut Komiedianta w Petersburgu. Jednocześnie sam przyznaje, że niektóre partie grane na wyjazdach na macierzystych deskach pomija. Spektakle Bogomołowa to nie tylko wyzwanie dla Rosjan, których wzywa on do przemyślenia ich narodowej mitologii - ale też dla wszystkich w Polsce, którzy na Rosję, jej politykę i kulturę patrzą przez pryzmat historycznych klisz. Dla tych, którzy w Putinie widzą po prostu Stalina, a rosyjską sztukę zamrozili w świecie wielkich powieści, poezji Brodskiego i Achmatowej, piosenek Okudżawy czy Wysockiego.

      Przemoc to jedyna zasada

      O wojnie mówi też Marcin Liber. W "Makbecie" zrealizowanym w szczecińskim Teatrze Współczesnym buzuje testosteron - zmieszany z popijanym skrzynkami przez żołnierzy piwem Wojak. Źli walczą tu z innymi złymi, na tronie zmieniają się niegodziwi królowie - słudzy tego samego mechanizmu. Zdyscyplinowany chór skanduje słowa "Iron Man" rozpisane na rytmiczną partyturę. Tej samej melodii na cymbałkach uczy się Fleance, syn Banka. Z niego też wyrośnie zbrodniarz wojenny. "Żelaźni faceci" w mundurach biegają po widowni, szczekają - jak psy wojny - gdy ścigają Makbeta. Dla Libera przemoc jest jedyną zasadą opisanego przez Szekspira świata, doprowadza ją więc do absurdu. Nie dość zabójstw znanych z dramatu - co chwila ktoś na scenie do kogoś strzela, kopie, dźga. Finałowej bitwy i śmierci Makbeta nie widzimy na własne oczy - relację z niej zdają widzom piarowcy przy laptopach. Noszą maski przypominające te z twarzy dyplomatów w legendarnym balecie "Zielony stół" Kurta Joossa, ojca założyciela niemieckiego teatru tańca. Pacyfistyczny w swej wymowie spektakl przedstawiał fiasko negocjacji i łatwość, z jaką możni decydują o życiu i śmierci tysięcy. Zespół z Essen wystawił go w Paryżu niespełna miesiąc przed pierwszym wyborczym zwycięstwem NSDAP. Liber już pokazywał, że dorobek niemieckiego tańca z Piną Bausch na czele jest dla niego inspirujący. Co jednak chce nam powiedzieć tym razem? Władca dokonuje zbrodni za kulisami - ale widz ogląda je na ekranie, i to z trzech kamer. Że telewizyjna transmisja okrucieństwa wcale nie pozwala mu zapobiec - wiemy od czasów Wietnamu. Błyskotliwie zaprojektowana inscenizacja ogranicza się do związanymi z wojną archetypami i popkulturowymi kliszami. Trochę jak opolski "Makbet" Mai Kleczewskiej sprzed ośmiu lat, którego tematem była estetyzacja przemocy spod znaku "Kill Billa".

      Właśnie - Kleczewska. Publiczność Trójmiasta mogła ponoć obejrzeć jej bydgoską „Burzę”, szeroko już komentowaną i opartą na z zapisami snów oraz kontrowersyjną psychologiczną metodą ustawień Hellingera. W praktyce - owszem mogła, jeśli wsiadła w autokar i autostradą pojechała do . Podobnie jak przy ubiegłorocznym festiwalu Raport dyrekcje trójmiejskich teatrów znów się nie dogadały, nie znaleziono przestrzeni dla jednej z ważniejszych postaci polskiej sceny. Na takich pomysłach tracą nie tylko widzowie, ale i sami artyści. Niby mogą prezentować się na festiwalu i wziąć udział w środowiskowych dyskusjach - ale w rzeczywistości są zupełnie gdzieś indziej, przychodząc po prostu do siebie - do pracy - w środku wakacji.

      Piwo do Szekspira

      Miejsce znalazło się za to dla trzeciego z rywalizujących o festiwalową nagrodę Złotego Yoricka polskich spektakli, "Króla Ryszarda III" Grzegorza Wiśniewskiego. Fabuła najdłuższego (obok "Hamleta") dramatu Szekspira opowiedziana jest tu bardzo sprawnie i zgrabnie, nie bez precyzji. Pytanie jednak: po co? Rzecz o samotności tyrana, który dotarł na szczyt. Banalne? Przedstawienie z łódzkiego Teatru im. Jaracza rozczarowuje brakiem pomysłu, ilustracyjną muzyką i nadużywanym patosem. Podobnie jak u Libera inscenizacji nie zawsze są tu w stanie podołać aktorzy (z wyjątkami, np. Zofia Uzelac w roli księżnej Jorku). Do tego reżyser "uwspółcześnia" akcję białym proszkiem w miejsce wina - i elektrycznymi paralizatorami zamiast mieczy. Zostajemy z pytaniem: czy faktycznie ostatni polski sezon był aż tak obfity w ważne realizacje Szekspira, jak powtarzają organizatorzy?

      Festiwal Szekspirowski też stoi przed pytaniem - o swój cel i charakter. Czy ma być miejscem, gdzie z największym brytyjskim dramatopisarzem zmagają się najciekawsze umysły współczesnego teatru? Czy może - jak odbywający się równolegle Jarmark Dominikański - wakacyjną atrakcją, podczas której turyści mogą wziąć udział w granej w plenerze półamatorskiej "Zimowej opowieści" brytyjskiej grupy Parrabbola i skosztować podawanego przez wolontariuszki piwa. A wieczorem - wzruszyć się sentymentalną "Burzą" z Rumunii, wśród wichru dmuchaw i hektarów papieru pakowego, z którego w spektaklu Silviu Purc rete stary mag Prospero wyczarowuje suknię dla swej córki. Gdańsk to zbyt duży ośrodek, by robić imprezę w myśl zasady "dla każdego coś miłego". Bo "każdy" ostatecznie wyjedzie z poczuciem niedosytu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 07:31
    • Prof. Nałęcz o dwóch latach Komorowskiego: To prezydent wszystkich Polaków

      - Także wyborcy PiS mają dzisiaj zaufanie do prezydenta. Bronisławowi Komorowskiemu udało się więc zyskać zaufanie ludzi, którzy na niego nie głosowali - przekonywał w Radiu TOK FM prof. Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta.
      - To jest udana prezydentura, o czym najlepiej świadczy zaufanie Polaków do prezydenta - ok. 70 proc. - mówił prof. Nałęcz, podsumowując dwa lata od zaprzysiężenia Komorowskiego na głowę państwa. Stwierdził, że błędem PiS jest atakowanie prezydenta. Jego zdaniem Komorowski jest takim prezydentem, jakim był Aleksander Kwaśniewski - prezydentem wszystkich Polaków.

      - Konstytucja wymaga od prezydenta, żeby wzniósł się ponad partyjny spór, żeby przeciął pępowinę z obozem, który go wyniósł do prezydentury. Oczywiście, żaden z prezydentów nie powinien zapominać o swoim dawnym środowisku, ale nie może być partyjnym sztandarem. I Bronisław Komorowski nie jest. Polacy to widzą i nawet większość wyborców PiS-u ma zaufanie do Bronisława Komorowskiego - stwierdził prof. Nałęcz.

      Doradca prezydenta skrytykował słowa Joachima Brudzińskiego sprzed kilku dni. Poseł PiS mówił wtedy, że mamy "malowanego, nieaktywnego w sferze legislacyjnej prezydenta" i że Komorowski ponosi klęskę za klęską w polityce zagranicznej. Jako przykład podał m.in. zbyt miękki stosunek do prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza podczas . Zachód oskarża Janukowycza o polityczną rozprawę z byłą premier Julią Tymoszenko, skazaną na siedem lat więzienia za podpisanie niekorzystnej umowy gazowej z Rosją.

      Brudziński stwierdził też, że kompromitacją Komorowskiego była "za mała" odpowiedź Komorowskiego na wpadkę prezydenta Baracka Obamy, który mówił o "polskich obozach śmierci". To była reakcja "prowincjonalnego, przestraszonego polityka".

      Prof. Nałęcz: - Jeśli chodzi o "polskie obozy śmierci", to jedynie prezydent Komorowski miał pomysł, jak wyjść z tej patowej sytuacji, wpadki największego polskiego sojusznika. To prezydent Komorowski zbudował most, przez który wyszedł z tej opresji prezydent Obama - napisał list i uzyskał odpowiedź wyjaśniającą sytuację. Życzyłbym prezesowi Kaczyńskiemu, pryncypałowi pana Brudzińskiego, żeby z każdej sytuacji, również kłopotliwej dla Polski, potrafił tak wyjść.

      - Trzeba mieć światopogląd - punkt widzenia konia dorożkarskiego - mówił prof. Nałęcz o słowach Brudzińskiego odnoszących się do Janukowycza. - Przecież Euro to była wspólna inicjatywa Polski i Ukrainy, jak wspólne polsko-ukraińskie. Pan Brudziński proponuje sytuację, żeby na weselu pana młodego i panny młodej obkładali się pięściami i wymyślali sobie najgorszymi słowami. To jakieś nieporozumienie. Na pewno prezydent Komorowski nie będzie sprawował urzędu w ten sposób.

      Nie ma decyzji w sprawie drugiej kadencji

      - Żaden prezydent nie sprawuje urzędu z myślą o reelekcji, bo wtedy byłaby to nieudana prezydentura. Minęły dopiero dwa lata, przed Bronisławem Komorowskim jeszcze trzy lata. Nie podjął jeszcze decyzji, czy będzie startował, czy nie - stwierdził prof. Nałęcz. - Dużo tu zależy m.in. od poparcia Platformy Obywatelskiej. Trudno wyobrażać sobie bowiem kampanię prezydenta Komorowskiego w kontrze do kandydata PO. To wszystko rozważania.

      Sam Bronisław Komorowski także unika odpowiedzi na pytanie, co z drugą kadencją. Podobno decyzję już podjął. - Relatywnie niedawno wygrałem wybory i nie widzę potrzeby składania tego typu deklaracji dzisiaj. Mogę powiedzieć tylko jedną rzecz: każdy prezydent, który zadeklaruje ponowny start, staje się niewolnikiem tej deklaracji - musi się zachowywać bardziej pod publiczkę niż rozwiązywać realne problemy państwa - stwierdził Komorowski w rozmowie z tygodnikiem "Wprost".

      Prezydent pozytywnie ocenia współpracę z premierem Donaldem Tuskiem: - Nie jesteśmy zakładnikami deklaracji o przyjaźni i braterstwie, ale jesteśmy związani wspólnotą drogi politycznej i wspólnotą celu, jakim jest modernizacja Polski. Bo przyjaźń czasem zmienia się w szorstkość albo braterstwo zmienia się w wojnę na wyniszczenie. (...) Wolę stawiać na zasadę, że szanuje się wzajemnie role wyznaczone nam przez konstytucję, autonomiczność funkcji, przy jednoczesnym poczuciu wspólnoty celów.

      Prezydent nie lubi nagrywania innych

      - Nie chcę wymieniać nazwisk, ale bywałem w sytuacjach, gdy niektórzy bardzo ważni politycy w Polsce mówili: "Ale na wszelki wypadek to ja nagrywam". Tak bywało w przeszłości, także w tym Pałacu, choć po poinformowaniu rozmówcy o zamiarze nagrywania - mówił Komorowski tygodnikowi "Wprost".

      Kto pana nagrywał? Lech Kaczyński? - dopytywali dziennikarze.

      Komorowski: - Spuśćmy na to zasłonę milczenia. Uważam, że w polityce jest niezbędny choć minimalny poziom zaufania. Bez tego nie da się rządzić krajem. Dlatego ta mania nagrywania jest zła.

      Kompromis w sprawie i związków partnerskich?

      Zdaniem Komorowskiego w sprawie in vitro i związków partnerskich można zawrzeć "kompromis polityczny, szanujący różnice światopoglądowe", jak przy ustawie aborcyjnej.

      - Dziś dyskusja o in vitro w Polsce jest mocno zafałszowana. Najważniejsze powinno być to, czy zmiana prawna prowadzi w kierunku dobra. Przecież w tej chwili w Polsce w kwestii in vitro wolno absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń prawnych. A więc każdy projekt regulujący dotychczasową wolnoamerykankę - czy zwać go liberalnym, czy konserwatywnym - jest z punktu widzenia katolików krokiem ku dobremu - stwierdził prezydent. - W ramach kompromisu politycznego jedni powinni się wyrzec pomysłów wsadzania ludzi do więzienia za stosowanie in vitro, a inni dokonać wysiłku, aby w stopniu maksymalnie możliwym szanować katolicką wrażliwość znacznej części obywateli, np. w kwestii losu zarodków.

      A co z ustawą o związkach partnerskich? - Różne treści mogą się kryć za pojęciem "związki partnerskie". Mogą to być pary osób tej samej płci, mogą być niemałżeńskie związki heteroseksualne. Ale przecież i typowe małżeństwo - związek kobiety i mężczyzny - może być partnerskie - odparł Komorowski. - Poczekajmy więc na konkretne projekty ustaw. Jedno jest pewne: należy osobom będącym w związkach wszelakich maksymalnie ułatwić egzystencję, np. poprzez prawo do wzajemnej pomocy i wspólnego rozwiązywania trudnych spraw codziennego życia.

      Czekamy na Wasze listy. Napisz:



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      gusuri
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 sierpnia 2012 06:02